28.03.2014

Jak pisać, panie autorze?

Ogólne rozważania na temat pisania plus krótki opis trzech "podręczników".


Podobno potrzeba pisania nie jest niczym wyjątkowym w tym kraju. Ba, mówią, że grupa aspirujących do miana "pisarza" przewyższa liczbowo grono czytelników - czyli mamy tu pewien problem ekonomiczny: wszyscy chcą zapewniać podaż na towar, na który nie ma specjalnie dużego popytu (i jeśli się coś zmieni, to raczej na gorsze - wraz z coraz słabszymi wynikami badania czytelnictwa prowadzonymi przez BN). Problem drugi: za pisanie biorą się ludzie, którzy literatury specjalnie nie lubią, zainspirowani nie dokonaniami artystycznymi tego czy innego autora, a raczej głośnymi sukcesami i milionami na koncie pań Rowling, Meyer czy James - i świat byłby pięknym miejscem, gdyby wzorem była ta pierwsza, przynajmniej w jej wypadku widać dbałość o język i jakość opowiadanej historii - czyli szukających w pisaniu sposobu na zarobienie swojego pierwszego miliona. Ci mogą się jednak przeliczyć, bo przeciętna gaża polskiego autora może starczy na applowskiego laptopa, ale utrzymać się z niej na dłuższą metę nie sposób. Są pewnie i tacy, którzy się nie łudzą - wiedzą, że pisarz to nie jest zawód na pełen etat, ale wydanie książki... no cóż, ciągle jest w tym jakiś prestiż. 

Są też ludzie, który czytają dużo i na pewnym etapie po prostu chcą napisać coś swojego. A potem to wydać - nie dla kasy, czy prestiżu, bardziej dla siebie - by zobaczyć dzieło swojego umysłu w ukochanej, książkowej formie. Nie zawsze tak umotywowane próby są lepsze od tych podejmowanych z bardziej pragmatycznych powodów. Nie jest regułą, iż autorzy tego typu mają talent i umiejętność krytycznego podejścia do swoich tekstów, że już o wytrwałości nie wspomnę. Poza tym wręcz niemożliwym jest napisanie czegoś w pełni oryginalnego, co pisarza-czytelnika, może zwyczajnie zniechęcać. Bycie drugą Rowling czy Meyer, albo kolejnym Kingiem może być wystarczająco dobre dla szukających wzoru na szybki bestseller, ale ci, którzy wypatrują w pisaniu spełnienia woleliby nie kopiować, a być kopiowanym. Nie wzorować się a być wzorem. Kto przeczytał wystarczająco wiele, zdaje sobie jednak sprawę z tego, że... no cóż, generalnie wszyscy mniej lub bardziej świadomie bazujemy na motywach wymyślonych jeszcze w starożytności. I że pisanie to nie tworzenie nowej jakości, a swoisty recykling, odświeżanie czy reinterpretowanie starych historii. 

Motywacja i problematyka blokady twórczej to jedno, ale bycie początkującym pisarzem, szczególnie z niewielkiego miasta, to... no cóż, zabawa w ciuciubabkę albo błądzenie we mgle. Ilu z was miało w szkole zajęcia z pisania z prawdziwego zdarzenia, czy okazję napisania czegoś innego niż wypracowanie (ja raz i nie wyszło to za dobrze - moja nauczycielka musiała mieć niezły ubaw, gdy przeczytała opis konwersacji dwóch bohaterów, siedzących w hotelach i bynajmniej nie komunikujących się za pośrednictwem telefonu ;)). Może w waszych szkołach działało jakieś kółko nawet nie pisarskie, a czytelnicze, lub gazetka szkolna, w której moglibyście stawiać swoje pierwsze kroki? Albo przynajmniej trafiliście na nauczyciela godnego zaufania na tyle, by pokazać mu owoce waszych pisarskich aspiracji? Pewnie niektórzy mieli okazję korzystać z wymienionych luksusów, ale patrząc z szerszej perspektywy, należałoby wykluczyć szkołę jako miejsce, w którym można otrzymać pierwsze szlify dla swojego talentu. 

Warsztaty literackie - rozrywka w naszym "rozpisanym" kraju limitowana i raczej okazjonalna. Studia - pewnie filologia polska w pisaniu nie zaszkodzi, ale tu trzeba by zapytać absolwentów, czy to dobra droga nie dla nauczyciela polskiego czy krytyka literatury, a twórcy (instynkt podpowiada, że niekoniecznie). (Kali: zdecydowanie nie. FP to nie są studia dla pisarza, chyba że chcemy tworzyć eseje i rozprawy naukowe, co mówiąc szczerze też nie będzie efektywne bez dużego samozaparcia i rozmiłowaniu się w tychże studiach . A miłość takową trzeba byłoby odkryć w sobie w podstawówce już...). Internet - według niektórych "zawodowców" siedlisko grafomani, dla mnie wielkie warsztaty literackie. Swego czasu sporo publikowałam na opowiadania.pl, czasami nawet nie ukończone teksty a fragmenty - byłam już na tyle duża, że potrafiłam rozróżnić "konstruktywną krytykę" od bełkotu, czy jak to teraz nazywamy "hejterstwa". Ale czy czytelnik, nawet próbujący sam pisać, jest w stanie doradzić coś "praktycznego" w kwestii warsztatu? Wszak większość z nas swoją wiedzę czerpie z czytania i to bynajmniej nie poradników z gatunku "Jak stworzyć bestseller w tydzień", a samych powieści. Czyli w zasadzie próbujemy odtworzyć danie "ze smaku" (porównanie nie moje, ale skąd je wzięłam nie pamiętam), zamiast bazować na przepisie z książki kucharskiej - teoretycznie konsument obdarzony dobrym zmysłem smaku i powonienia może wyczuć jakich składników należy użyć, ale przecież gotowanie nie polega na wrzuceniu wymaganych elementów do jednego gara. Cała sztuka polega na tym, by wiedzieć, kiedy i co dodać, jak również w jakiej ilości.   

Tylko, czy istnieje idealny przepis na taki czy inny utwór? Wątpliwe. Być może taka już dola pisarza, że swoją wiedzę zdobywa w praktyce, tekst nie jest wynikiem starannego planowania, a ewolucji - swoistej literackiej rywalizacji genów (w tym wypadku motywów i "technicznych" rozwiązań) - które w odpowiedniej kombinacji dają nam zwycięzce wyścigu, a w innej (często nawet przy użyciu dokładnie tych samych elementów) niezdolną do samodzielnego życia pokrakę. 

Ok, próby i błędy, nauka w praktyce - ale czy faktycznie nie ma jakiś reguł, jakiejś teorii, która mogłaby stanowić punkt wyjścia i fundament dalszych działań? Poradniki na temat pisania pewnie spokojnie mogłyby zapełnić średniej wielkości bibliotekę, ale na polskim rynku w tej kategorii mamy raczej posuchę. W internecie jest trochę lepiej - można tu i ówdzie znaleźć jakąś wypowiedź znanego pisarza czy blogową notkę domorosłego krytyka (co nie znaczy, że nie mającą żadnej merytorycznej wartości) poruszające tę problematykę. Skupiając się jednak na książkach: na tę chwilę przychodzą mi na myśl trzy tytuły, które pokrótce opiszę poniżej.

Najbardziej "techniczną" pozycją, z tych które miałam okazję poznać, jest "Warsztat pisarza" Dwighta V. Swaina. Nie jest to lektura najprzyjemniejsza w odbiorze, autor raczej nie bawi się w gawędziarza, być może dlatego chociażby na serwisie Lubimy Czytać pozycja ta ma raczej mieszane recenzje. Po krótkim pierwszym kontakcie po prostu ją odłożyłam na półkę - przeczytałam całość dopiero kilka miesięcy później. Niewątpliwie jest to pozycja pełna cennych wskazówek, może nie tyle rzucająca nowe światło na techniczne aspekty pisania, co uwypuklająca pewne elementy i porządkująca wiedzę, którą wcześniej zdobyliśmy jako odbiorcy literatury. 'Warsztat..." miał też dla mnie pewne interesujące skutki uboczne: pobudził mnie na chwilę do pisania, na nowo rozbudził ambicję i pozwolił znaleźć punkt zaczepienia w posiadanym tekście, umożliwiając mi pociągnięcie historii nieco dalej. 

"Galeria złamanych piór" Feliksa W. Kressa jest zapewne bardziej przystępna przy pierwszym kontakcie. Chociażby ze względu na formę - w przeciwieństwie do "Warsztatu..." nie mamy tu typowo podręcznikowego tonu, książka to zbiór felietonów opublikowanych wcześniej przez autora w "Feniksie" i "Science Fiction". I jak to w tego typu tekstach bywa, autor raczej powierzchownie omawia co bardziej ciekawe czy kontrowersyjne kwestie, trochę podyskutuje z czytelnikami (pamiętajmy, "Galeria..." to przedruk, Kress pomiędzy poszczególnymi "artykułami" dostawał listy od czytelników, mógł więc wejść z nimi w interakcje), dorzuci krótką ocenę nadesłanych utworów. Pojawia się kilka cennych rad, ale mamy tu do czynienia bardziej z odpowiednikiem panelu dyskusyjnego niż wykładu omawiającego tajniki pisania. Przez co ten tytuł to bardziej źródło rozrywki dla czytelników, niż wiedzy dla próbujących swoich sił w "zawodzie". 

Jeśli chodzi o Stephena Kinga - nie jestem fanką jego książek. Nie dlatego, że mam jakieś specjalne zastrzeżenia do prezentowanego stylu, po prostu moje nerwy są za słabe na horrory czy to w filmowej czy literackiej wersji. Facet jest po prostu zbyt dobry w straszeniu ludzi, co z miejsca wyklucza mnie z grona jego odbiorców (choć postanowiłam to zmienić - na półce czeka już wypożyczony egzemplarz "Misery"). Czy King jest dobrym, czy złym autorem to jedno, nie można jednak odmówić mu bycia autorem, który odniósł sukces. Ponad sześćdziesiąt wydanych tytułów, większość w pakiecie z ekranizacją, miliony fanów i dolarów na koncie - kto w głębi duszy nie chciałby takiego uznania dla swojej twórczości? Myślę, że skoro King chce się dzielić swoimi przemyśleniami na temat pisania, to warto mu poświęcić trochę uwagi - dlatego też sięgnęłam po "Jak pisać. Poradnik rzemieśnika".

Na początek powiedźmy sobie szczerze: to bardziej autobiografia niż podręcznik, czy skarbnica wiedzy. Pod względem merytorycznym z "Warsztatu pisarza" wyniesiecie najwięcej. Ale to "Jak pisać..." może być prawdziwą inspiracją. King to ja, Kali i pewnie niezliczona ilość innych ludzi, chcących pisać literaturę popularną. Historyjki z dziecięcego czy młodzieńczego okresu pisarza mogłyby równie dobrze być anegdotami z naszego życia - tylko podmienić tytuły tekstów czy filmów, które rozbudziły naszą potrzebę "tworzenia". Zachwyt nad słowem, daną konwencją, początkowe problemy, marzenie, aby być czytanym, wszystko to czyni z Kinga naszego kumpla z branży, kierowanego tymi samymi motywami, który jednak miał już swój "moment", któremu udało się wybić. Pisarz nie jest niedoścignionym wzorem, alfą i omegą, niemal boską istotą obdarzoną geniuszem, który z definicji jest darem dla nielicznych - to sympatyczny facet, który ciężką pracą przerobił swoją działkę talentu na oszołamiający sukces. A skoro mu się udało, to czemu my mielibyśmy nie spróbować?

Trudno powiedzieć na ile wyuczone rady przekładają się na jakość pisanej prozy. Nigdy specjalnie nie wierzyłam w teorię, uważając (nie bez podstaw) że najlepszą nauczycielką jest panna Praktyka. Dobrze, gdyby jeszcze była wspomagana przez Pana Wytrwałość. Bo chyba tylko ta dwójka jest nas w stanie faktycznie nauczyć pisania.

Pozdrawiam.

Obrazek na samej górze, to fragment okładki "Galerii Złamanych Piór" Feliksa W. Kressa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz